| Archiwum: Anathema i Wolverine, oraz Valshazeera i Alucard |
| Strona główna |
Anathema, Valshazeera, Wolverine i Alu postanowili wyjechać z lasu. Wampirzyce miały go serdecznie dość. Wrócili do karczmy i wynajęli dwa pokoje. Jednak nie mogąc się powstrzymać przed sporządzeniem magicznej mikstury, magiczka i wojowniczka nie zmrużyły oka przez cały dzień i siedząc w ciemnym pokoju z grubymi zasłonami warzyły magiczny wywar. Anathema starannie odważała składniki, łączyła je, przygotowywała i mieszała w określonych proporcjach. Natomiast Valshazeera rzucała zaklęcia, modły i odprawiała dawno już zapomniane egzorcyzmy nad miksturą. Około zmierzchu wywar był gotowy, jednak wampirzyce potrzebowały odpoczynku. Następnej nocy postanowiły świętować z partnerami, więc też nie użyły swojego wynalazku. Jednak szybko nadarzyła się ku temu okazja. Wyspane i wypoczęte zażyły magicznego eliksiru. Nie czuły żadnej różnicy. Może mikstura nie zadziałała? Już niedługo miały się o tym przekonać, bo oto na niebie widać było pierwsze promienie słońca. Tak dawno go nie widziały... zapatrzone w jego piękno nawet nie zauważyły, że światło nie robi im krzywdy. Po chwili magiczka krzyknęła. - Ana! To działa! Udało nam się! Udało nam się! Udało... - krzyczała rzucając się na szyję przyjaciółce. - Tyle czasu czekałyśmy! Jeszcze nie mogę w to uwierzyć! ? powtarzała z radości Anathema - czy ten eliksir ? spytała nagle - trzeba zażywać co noc? - Nie, no co ty. Jak ja coś robię, to robię to dobrze! Już jednorazowe zażycie powoduje odporność. - mówiła dumna magiczka. - Dobrze, że Wolverine nie potrzebuje tego specyfiku. - powiedziała z uśmiechem Anathema. Tak rozmawiały i zachwycały się pięknem dnia, jakby odkrywając szczegóły życia dziennego na nowo. Około południa, postanowiły obejrzeć las. Gdy osiodłały konie, udały się w jego kierunku. Drzewa skąpane były w promieniach słońca i krajobraz nie wydawał się wcale taki złowieszczy. Minęły świątynię, która wydawała się teraz zwykłą ruiną. Przejechały las, oraz miejsce w którym spały Nako i Robin i wróciły do karczmy akurat o zmierzchu. Wypiły jakiegoś pijaka i udały się na spoczynek. Zapukały do pokoi, ale nikt nie odpowiedział. Pomyślały, że owo wczorajsze ?świętowanie? (nieprzespany dzień) dało się we znaki ich partnerom i po prostu jeszcze śpią. Miały rację. Valshazeera uchyliła drzwi i z uśmiechem na twarzy przywitała swojego ukochanego. Pocałunek nie trwał jednak długo, bo Anathema wbiegła nagle do pokoju. - Zobacz co znale... - urwała. - Eee... no... tego... co znaleźliście? - spytał w końcu Alucard. - Znak Valeriousa! Taki jakim zawsze się podpisywał! - Boże gdzie?! - zapytała wampirzyca. - Pod naszym łóżkiem, na podłodze. - Jak go odnaleźliście?... Pod łóżkiem? Jak na to wpadliście? - dziwiła się. - ...nie pytaj... - Aha, rozumiem. - powiedziała Valshazeera. Obie wymieniły między sobą znaczące spojrzenia, a później zaczęły się śmiać. - może ten znak był tam wcześniej. - Być może, ale wcześniej go nie zauważyliśmy. - Dajmy sobie z tym spokój, jutro zbadamy tę sprawę. - Masz rację. - powiedziała wojowniczka - przepraszam za najście. Wyszła. Zaraz po tym magiczka i wampir powrócili do tego co robili wcześniej, ale nagle przez okno wleciał gołąb. - Cholera pieprzony gołąb! - powiedziała Valshazeera, próbując go przegonić. - Zostaw go, chyba ma jakąś wiadomość. - Rzeczywiście, tu jest napisane... - zapadła chwila ciszy - ...że mimo, iż Lobo został pokonany, nasi przyjaciele są w śmiertelnym niebezpieczeństwie i jeżeli chcemy ich ocalić, to mamy się spieszyć... - wampirzyca była przerażona. - Od kogo to? - Nie wiem, podpis jest nieczytelny, ale może to jakiś sługa Lobo. - To może być pułapka. - Tak, ale... - urwała - Anathema! Zbieraj się, jedziemy do lasu! - krzyknęła biegnąc do drzwi pokoju Any i Wolverina. Drzwi otworzyła wampirzyca. Po chwili wyjaśnień stwierdziła: - Chwila, zabiorę tylko najpotrzebniejsze rzeczy... daj mi pięć minut. - O tak, ja też. Oczywiście do rzeczy niezbędnych zaliczał się kapelusz, płaszcz, cygara, miecze i tym podobne. Po jakimś czasie cała czwórka jechała już lasem. Gdy dotarli do miejsca gdzie spała Nako i Robin, Marishka i Reiver też tam byli. - Co wy tu robicie? - powitała ich Robin. - Przyszliśmy zobaczyć twoje nieszczere łzy po raz drugi. - odparła ironicznie magiczka. - Przestańcie! - skarcił je Reiver - miło, że nas odwiedzacie. Ale jest jakiś szczególny powód? - To jest ten powód. - powiedział Wolverine i podał wiadomość (tą, którą dostarczył gołąb), Nako. - Czyli nic wam nie jest. - stwierdziła z uśmiechem Anathema - a my z Valshazeerą się martwiłyśmy, że grozi wam jakieś niebezpieczeństwo i gnamy w środku nocy... - To może być pułapka. - powtórzyła słowa Alu magiczka. - ktoś mógł chcieć, żebyśmy byli razem w jednym miejscu. - Niby kto? Jakieś dzieciaki robią sobie żarty, a wy je na poważnie wzięliście. - stwierdziła Robin. Wampirzyca posłała jej piorunujące spojrzenie. Zapadła cisza. Valshazeera poprawiła kapelusz i zapaliła cygaro. Anathema zaczęła polerować swój miecz. Po chwili dopiero Marishka powiedziała: - Skoro jesteście to może... - nie zdążyła dokończyć, bo zza drzew poleciały srebrne strzały. Grupa była całkowicie zaskoczona. Wróg miał dobrą pozycję i przewagę liczebną. - Cholera! Święta inkwizycja! - krzyknęła Ana, chowając się pospiesznie za drzewem i wyciągając kuszę. brpg : gracz Anathema i Wolverine, oraz Valshazeera i Alucard2004-08-13 17:55:33skomentuj (0) |